Niemal każda religia obok dogmatów i warstwy ideowej posiada swój wymiar rytualny, uzewnętrzniony najdokładniej w obchodach swych świąt, szczególnie tych najważniejszych - dorocznych. Również chrześcijaństwo, wydaje się nobliwe w swej tradycji i kojarzy z najważniejszymi dla niego świętami - Wielkanocnymi, oraz Bożym Narodzeniem. Przyjrzawszy się jednak bliżej poszczególnym rytuałom związanym zarówno z tymi dwoma świętami, jak i innymi ważnymi momentami w kalendarzu liturgicznym Kościoła Katolickiego, zobaczyć można całkowicie jasno, że mają one w większości proweniencję przedchrześcijańską, słowiańską, pogańską. Nie jest to niczym nowym dla osób zajmujących się historią religii, bądź znawców kultury, jednak większość kultywujących tradycje świąteczne nie zdaje sobie sprawy, że oddaje cześć tradycji o wiele starszej i z pewnością wyrzekłoby się wszelkich swych związków z "przebrzydłym pogaństwem".

 

Już sama konstrukcja liturgicznego kalendarza katolickiego niebezpiecznie przypomina gospodarczy rok dawnych ludów rolniczych, których główne święta przypadały na przełomy pór roku, które z kolei umiejscowione są w momentach przesileń słońca (zimowego i letniego), oraz równonocy (wiosennej i jesiennej). Rok pogański pojmowany był jako cykl życia Boga Słońca - Swaroga, od jego narodzin do śmierci. Dlatego właśnie wraz z zimowym przesileniem, kiedy to dzień jest najkrótszy, a noc najdłuższa rozpoczynał się Nowy Rok, następowały narodziny Młodego Boga, "Bożica" , który od tego momentu zaczynał swą walkę z ciemnością. U przedchrześcijańskich Słowian zimowe święta nazywały się Gody, Szczodre Gody, lub Szczodry Wieczór. Nazwania te przetrwały w kulturze ludowej i tak np. - jak w połowie XIX wieku podawał Aleksander Hilferding w swej pracy "Ostatki Słowian na południowym brzegu Bałtyckiego Morza" - Kaszubi Boże Narodzenie nazywali Gòdë. Już sama nazwa ukazuje, że pierwotnie ze świętem tym połączone były obchody Nowego Roku, które dopiero później zostały oddzielone. Gody bowiem, jak podaje słownik etymologiczny Aleksandra Brücknera, oznaczają "czas", czy "porę", a w języku rosyjskim właśnie rok.

Nie jest dziełem przypadku, iż chrześcijaństwo nie posiadając sił, by wyplenić z ludu jego dawne obyczaje inkorporowała m.in. owo święto, nadając mu powierzchownie własną interpretacje ideową. Tak oto w bezpośrednim sąsiedztwie przesilenia przypadającego na 22 grudnia, umieszczono datę narodzin syna bożego - Jezusa (w żaden sposób nie wynika ona z Biblii), czego zresztą dokonano jeszcze u zarania chrześcijaństwa, kiedy to w państwie rzymskim dominował kult Sol Invictus - Słońca Niezwyciężonego, którego narodziny przypadały - co logiczne - właśnie na czas zimowego przesilenia. Cóż za zbieg okoliczności! Jak pisze Kazimierz Moszyński w II tomie swej monumentalnej "Kultury Ludowej Słowian": "...cywilizacja nasza przechowała w sobie głęboko wyryte (...) ślady dawnego kultu słońca i kościelne święto Bożego Narodzenia jest, jak wiadomo, zamaskowanym świętem Narodzin Niezwyciężonego Słońca...".

Podczas obchodów Bożego Narodzenia, rozpoczynających się od Wigilii, a na Trzech Króli kończących, podejmowane jest szereg zabiegów rytualnych, które wywodzą się bezpośrednio z tzw. "pogaństwa". Otóż, już sama idea wieczerzy wigilijnej pochodzi od tradycji nakazującej zarówno pogańskim Słowianom jak starożytnym Grekom, zasiądnięcie do uczty pospołu z Bogami, podczas której spożywano jadło uprzednio owym Bogom ofiarowane. Przecież właśnie strawa kolacji wigilijnej opatrzona jest szeregiem nakazów i zakazów dotyczących gatunków, sposobów przyrządzania, a nawet samej ilości potraw, co sugeruje właśnie zachowane w kodzie kulturowym uświęcenie owego jadła. Najistotniejszym elementem menu jest kutia, czyli potrawa przyrządzana pierwotnie z ziaren pszenicy, miodu i maku, która swą słodkością i "przepychem" symbolizowała dostatek i szczęście, a już same składniki świadczą o tym, bo nawet słowo "zboże" oznacza etymologicznie dar boży, co świadczy o wielkim znaczeniu, jakie dla Słowian zboże posiadało. Do niedawna lud używał kutii do tzw. "ciskania kop", polegającego na rzucaniu garścią lepkiej potrawy o powałę domu i z ilości przyklejonych do niej ziaren wróżeniu o przyszłorocznym dostatku.

Na stole znajduje się dziś również opłatek, którym przełamują się bliscy życząc sobie wzajemnego szczęścia, ale i on nie jest wbrew pozorom osiągnięciem chrześcijańskim, a jedynie swą ascetyczną formą zastąpił dawniejszy kołacz, który był z jednej strony symbolem całorocznej pracy i nagromadzonych dóbr, a z drugiej swym przepychem miał przynosić szczęście w przyszłości. Pamiętajmy o jednej z nazw tego święta - "Szczodry Wieczór". Wspominając o życzeniach nie należy zapominać, iż dziś są to zazwyczaj nic nieznaczące zwroty grzecznościowe, inaczej natomiast było, gdy wierzono w rzeczywistą dobroczynną moc wypowiadanych życzliwych słów, podobnie jak w przypadku przekleństw, których wypowiedzenie miało faktycznie przynosić szkodę przeklętemu.

Stół wigilijny usłany powinien być sianem, lub słomą, którą układa się pod obrus. Jest to bardzo czytelne nawiązanie do zabiegów mających na celu zapewnienie dostatku i płodności, podobnie jak snop żyta, ustawiany jeszcze do niedawna w rogu pomieszczenia, lub na progu domu. Również siano spod obrusa wykorzystywane było do wróżenia, bowiem wyciągano poszczególne źdźbła i jeśli ktoś wyciągnął zielone, to wnioskował z tego, iż w nadchodzącym roku wyjdzie za mąż/ożeni się. Jeśli wyciągnięte zostało źdźbło zwiędłe, z ożenkiem przyszło czekać do następnego roku, jeśli ktoś natomiast wyciągnął źdźbło suche, miał z pewnością pozostać starą panną/kawalerem. Tradycja nakazuje, by przy stole pozostawić jedno miejsce wolne, dziś interpretuje się to często, jako miejsce dla niespodziewanego gościa, lub wędrowca, jednak jeszcze i dziś można się spotkać z przekonaniem, iż miejsce to pozostaje wolne dla zmarłych bliskich. Pierwotnie wystawiało się oddzielny stół, na którym kładziono potrawy, jak chleb bez soli, która to odstraszała duchy zmarłych, podobnie jak żelazo i dlatego właśnie na owym stole nie mogły znajdować się żelazne przedmioty.

Jest to kolejny motyw, którego nie dało się wyplenić z tradycyjnej obrzędowości, bowiem dotyczy kultu przodków, których duchy w pewne szczególne dni mogły powracać do świata żywych. Jest to zupełnie niezgodne z dogmatem chrześcijańskim, gdyż wg jego wykładni dusze przebywają w piekle, czyśćcu, lub w niebiesie. W XIX wieku Wincenty Pol pisał wierszem: "A trzy krzesła polskim strojem / Koło stołu stoją próżne / I z opłatkiem każdy swoim / Idzie do nich spłacać dłużne / I pokłada na talerzu / Anielskiego chleba kruchy.../ Bo w tych krzesłach siedzą duchy". Ich właśnie ta obecność gwarantowała trafność wszelkich wróżb czynionych tego wieczora i do dziś nikt nie przejmuje się, iż kościół zdecydowanie zwalczał wszelkie wróżbiarstwo i wywoływania duchów. Ale nie ma się czemu dziwić, gdy powtórzymy za Bohdanem Baranowskim, że "niekiedy dawnym zwyczajom pogańskim nadawano chrześcijańską treść", a lud nie przejmował się, "czy wiara ich zgodna jest z obowiązującymi zasadami nauki Kościoła ".

Z Bożym Narodzeniem kojarzy się też nieodmiennie kolęda. "No, to już wybitnie chrześcijański zwyczaj!" - gotów ktoś powiedzieć. Ale skoro o tym wspominam, to pewnie pojawiają się już wątpliwości!? Oczywiście! Nawet kolęda (łacińskie calendae - pierwszy dzień miesiąca) wywodzi się od zupełnie niechrześcijańskich pieśni śpiewanych przy okazji składania życzeń, za co - jak pisze P. Caraman w "Obrzęd kolędowania u Słowian i Rumunów" - dobrze życzącemu przypadała gratyfikacja - podarek. Tak też czynili i mieszkańcy Pomorza, którzy znali zwyczaj obchodzenia okolicznych domów urządzany przez młodzież, podczas którego składano życzenia i śpiewano pieśni powitalne, w zamian za co oczekiwano gratyfikacji, co częstokroć wyrażały już same słowa pieśni (skądinąd znana jest pieśń tego typu: "Maszli nam dajci, nie daj nam długo staci, boć nas będzie uziąbaci. Skakały bosy pod niebiosy, chciały kołacza i kiełbasy"). Zwyczaj ten według A. Hilferdinga zwany był tu szopką , przy czym - jak pisze - znana była też na Pomorzu "polska" nazwa kolęda . Z tego z kolei wynika, że nawet prezenty pierwotnie nie pochodziły od "Gwiazdora".

Słowianie pieśni te zwali "szczodruszkami". Podobnie zresztą - by znów sięgnąć do Hilferdinga - brzmi nazwa pomorskiego obyczaju pokrewnego szopce / kolędzie , a mianowicie szczodraków . Były to urządzane na Trzech Króli korowody także wędrujące od domu do domu, ale tym razem formowane z pastuchów, którzy śpiewali np.: "Dobry wieczor, szczodri wieczor (tu pojawia się kolejny wariant słowiańskiego nazwania świąt), nam powiedają, że tu rogule pieczą. Jeszli ne rogula, taj chleba gleń (krajanka). Wasza desza mdze (będzie) miała w niebie szczodroblewy dzeń. A jeszli nie chleba gleń, tej korszczuk (łyżka) masła, Wasza desza (dusza) mdze są dobrze w niebie pasła" itd. Zwróćmy tu uwagę na dwa elementy: 1. na początku powiedziane zostało, iż pierwotnie obchody "Bożego Narodzenia" rozciągnięte były w czasie i zawierały w sobie to co potem oddzielono na Nowy Rok i Trzech Króli; 2. że owe szczodraki formowane były z pastuchów, a więc miały wyraźnie związek z mitologicznym elementem zwierzęcym, o czym za chwilę.

Kolędnicy, których i dziś można jeszcze spotkać na Podhalu, niegdyś byli zupełnie powszechni. Chodziło się bowiem "z kobylicą", lub "po kobylicy", co ma związki z wiarą we właściwości pewnych zwierząt (jeleń) jako łączników ze światem zmarłych. Kolędnicy obnosili też często tura, jako zwierzę szczególnie czczone przez myśliwych za swoją siłę i szlachetność, co nawiązuje do kultu męskiej siły i odwagi. Obnosi się i wilka, którego lud słowiański zwykł do niedawna zapraszać na wieczerzę świąteczną, lub składać ofiarę z kozy, by pozostawił w spokoju zwierzęta w obejściu i samych ludzi. Do niedawna można było zaobserwować na obszarze całej Słowiańszczyzny - jak i znacznie szerzej - obrzędy wykorzystujące kozę, lub kozła jako symbole płodności (postać kozła miał również Pan, grecki bóg przyrody, a czasem nawet Dionizos). Przybierały one postać procesji kolędników, którzy w poszczególnych domostwach dawali przedstawienie tańca, śmierci i znów tańca odrodzonej kozy/kozła. Jeden z wariantów tego rytuału przewidywał zaproszenie kozy do domu, ta jednak (poprzez niosącą jej kukłę, lub skrytą za maską osobę) wyrażała swój strach przed "Dziadem", swym przeciwnikiem: "Tylko się boje starego dziada; ten dziad ma mocny łuk i pęk strzał; ustrzeli on mnie pod szczere serce". Po czym następowała śmierć kozy, która często przebiegała wśród spazmów, sugerujących utożsamienie się aktora z postacią w rodzaju transu. Na wezwanie jednak koza powracała do życia i to był właśnie rytualny moment narodzin Boga - Słońca. Warto dodać, że tu prawdopodobnie dokonało się w postaci kozy nałożenie płodnościowej symboliki kozła z symboliką Złotorogiego Jelenia, który pojawia się jako mityczny towarzysz Bożica - młodego Boga-Słońca.

Z płodnościowym aspektem symbolu kozy wiąże się natomiast nieco odmienna forma występowania jej w procesjach kolędników, a mianowicie tzw. "obrzęd podkoziołka", kiedy to kukłę lub człowieka symbolizującego kozła (ukrytego za maską) obtańcowywało się wokół, lub przed nią wykonywano taniec w formie wirowania. Ma to związek z zabiegami mającymi zapewnić płodność i jak podaje Jan Bystroń występuje w zwyczajach żniwiarskich, a nawet jako zabieg gwarantujący zawartą umowę. Zachowała się też przyśpiewka ilustrująca taką właśnie mitologiczną funkcję kozy: "Gdzie koza rogiem, tam żyto stogiem; gdzie koza nogą tam żyto kopą; gdzie koza chodziła, tam żyto rodziło". Sam Bystroń był jednak przeciwny zawężającej interpretacji znaczenia tańca / wirowania widzącej w nim wyłącznie zabiegi związane z kultem i magią płodności. Trzeba przyznać mu w tym rację, zwłaszcza, gdy weźmie się pod uwagę głęboki, kosmiczny sens obrzędu uśmiercania i ponownego ożywania kozy, który przedstawia cały porządek naturalny - zarówno chwilowe zwycięstwo ciemności, nierozerwalnie jednak związane z narodzinami Młodego Słońca i przyszłym jego zwycięstwem, jak i wynikająca z tego przepowiednia niechybnego ożywienia Natury, a przez co dostatku dla ludzi. To jawi się bardzo czytelnie - gdzie koza dotknie rogiem, czy nogą - czyli gdzie padną promienie słoneczne tam wykwita bujne życie roślin, w tym oczywiście uprawnych.

Również na Pomorzu Oskar Kolberg, zbierając w terenie informacje dotyczące tradycji ludowych do swych wiekopomnych prac, zanotował zwyczaj chodzenia po kolędzie, które jednak zwać się miało chodzeniem z gwiazdą, a biorący w tym udział młodzieńcy - gwizdami . Także oni przebierali się w postaci kozy, a ponadto poowijając się grochowinami - przedstawiali niedźwiedzie (prawdopodobnie był to miejscowy wariant dzikiego zwierza, gdzie indziej reprezentowanego przez wilka), oraz bociany a nawet jeźdźców. Wydaje się zresztą, że jest to zwyczaj wybitnie słowiański - odróżniający się od zwyczajów innych grup etnicznych - który na Pomorzu mimo germanizacji przetrwał w enklawach kultury słowiańskich autochtonów. Dowodzą tego - jak przytacza Wojciech Łysiak w swym artykule "Oblicza kultury ludowej dawnych Pomorzan" umieszczonym w materiałach z konferencji pt. "Życie danych Pomorzan" - dane zebrane w latach 30-tych do "Atlas der pommerschen Volkskunde", którego autorzy (zgodnie z duchem epoki nauki niemieckiej) dołożyli wielkich starań, by zamaskować słowiański substrat kultury ludowej Pomorza, a który mimo to ukazuje powiązanie niektórych elementów z kulturą polską. Chodzi tu m.in. właśnie o uchwycony na Pomorzu Zachodnim w okolicach Szczecina zwyczaj chodzenia w okresie Trzech Króli grup przebierańców, który uznany być musiał za czysto Słowiański.

Jeszcze innym ważnym elementem rytualnym związanym z zimowym przesileniem, a włączonym do obrzędowości chrześcijańskiej, jest posypywanie w dzień św. Szczepana (drugi dzień świąt) księdza owsem, co tłumaczy się pamiątką kamienowania owego świętego. Na Pomorzu zaś zgodnie z informacjami Kolberga, dla tego samego uzasadnienia rzucano w księdza nie tylko owsem ale i grochem. Zabawne, jak elementy kultu płodności zaprzęgnięto w kult śmierci! A jeszcze pod koniec XVIII wieku zwyczaj ten był tępiony, czego ślad pozostał w zaleceniach właściwego archidiakonatu dla pewnego proboszcza w 1779, poprzez słowa: "Nakazuje mu się, aby w dniu św. Szczepana pocisk owsem na siebie zakazał". Bo oto owies służył w wielu obrzędach pogańskich Słowian (np. przy uroczystościach weselnych), jako medium mające przynieść obsypanemu nim płodność i dostatek. Przejecie tego motywu jest chyba najbardziej rzucającym się w oczy, przez wybitną czytelność pierwotnej symboliki i zupełną konwersję znaczenia.

Święta zimowe posiadają swój własny, niepowtarzalny klimat, którego najlepszym wyrazicielem jest choinka. Jej symboliki nie trzeba szczególnie tłumaczyć. Przyszła ona do Polski z Niemiec z XVIII wieku poprzez dwory, by w wieku XIX trafić pod strzechy. Tu zastąpiła wspominany wcześniej snop żyta, często przetykany innymi zbożami oraz występujący wcześniej choinkowy "surogat" podłaźnik, podłużnik lub połażajnik. Tak zwano bowiem gałązkę, lub czubek jedliny - zwany też czasem "sadem" - który noszony był przez człowieka chodzącego po chałupach i składającego godowe życzenia. Później ten pierwowzór choinki majony bywał przy śpiewie przez dziewki i / lub wieszany dołem do góry u belki pod sufitem. Cóż, wiecznie zielone drzewko symbolizuje siłę odradzającej się Natury w warunkach zimowego jej uśpienia. Jest to oczywiste nawiązanie do kultu drzew, pojmowanych w panteizmie, jako siedziby Bogów (dąb, lipa), lub nawet model wszechświata (nordycki Yggdrasil).

Zawsze godnie święta miały swój wymiar rodzinny, zawsze bowiem skupiały członków rodziny, lub rodu na wspólnej uczcie, radości i momencie szczęścia. Naukowcy są zgodni, że posiadały one dwa wymiary - agrarny i zaduszkowy, a towarzyszył im nastrój nadziei i powagi. Tak więc pamiętano nie tylko o żywych członkach swej rodziny, ale także o tych co odeszli. Trzeba więc pamiętać, że to nie antyczne dekrety kościelne stworzyły te piękne zwyczaje, ale że są one wytworem bogatej i jakże żywej dawnej i rodzimej kultury. Sama tu się dopomina o przywołanie najpoważniejsza i najgłębsza scena filmu "Miś" Stanisława Barei, kiedy to przygotowujący się do świąt stary węglarz, mądry mądrością ludową i doświadczeniem wieku mówi: "Tradycją nazwać niczego nie możesz i nie możesz uchwałą specjalną zarządzić ani jej ustanowić. Kto inaczej sądzi świeci jak zgasła świeczka na słonecznym dworze. Tradycja to dąb, który tysiąc lat rósł w górę. (...) To jest właśnie kolęda, świąteczna wieczerza, to jest ludu śpiewanie, to jest ojców mowa..." Powracając jeszcze go Kazimierza Moszyńskiego, warto przypomnieć, iż napisał on, że dziwić się należy, iż tak wiele przetrwało z dawnych obyczajów w warunkach zwalczania i pokrywania wtórną siatką ideową.

 

Igor D. Górewicz

Logowanie

Najbliższe święto

Jare Gody 20.03.2018 20:00 60 Dni Jare Gody

Ostatnio na forum

1996-2018 Rodzima Wiara
ontwerp en implementering: α CMa Σείριος